Każdy z nas w jakimś momencie życia miał marzenia, które wydawały się większe niż codzienność. Być może chciałeś przeprowadzić się do innego kraju, napisać książkę, założyć firmę, nauczyć się języka, który brzmiał jak muzyka, albo stworzyć projekt, którego jeszcze nikt nie widział. Z czasem jednak coś się stało. Marzenia nie zniknęły całkowicie, ale jakby przyschły w kącie umysłu, przykryte warstwą codziennych obowiązków i praktycznych argumentów. Jednym z głównych powodów, dla których boimy się marzyć „za wysoko”, jest lęk przed rozczarowaniem. Jeśli nie dopuszczamy do siebie możliwości czegoś naprawdę wielkiego, zmniejszamy ryzyko, że będziemy cierpieć, gdy to się nie uda. To trochę tak, jakbyśmy woleli stać z boku placu zabaw i patrzeć, jak inni wspinają się na najwyższą zjeżdżalnię, niż wejść na nią samemu, zaryzykować upadek, ale też doświadczyć ekscytacji. W głowie brzmi znajome zdanie: „Lepiej miło się zaskoczyć, niż gorzko rozczarować”. Do tego dochodzą głosy z zewnątrz. Nierzadko słyszeliśmy: „Nie wychylaj się”, „Trzeba twardo stąpać po ziemi”, „Lepiej mieć małe, realne cele niż wielkie, nierealne marzenia”. Z czasem zaczynamy traktować te komunikaty jak obiektywną prawdę. Tymczasem wcale nie chodzi o to, by porzucić rozsądek. Chodzi o to, by nie mylić rozsądku z autocenzurą. To, że coś jest ambitne, nie znaczy, że z definicji nierealne. To, że nie widzimy jeszcze drogi, nie oznacza, że ona nie istnieje. Kolejną przeszkodą jest porównywanie się z innymi. Media społecznościowe sprawiają, że jesteśmy ciągle wystawieni na widok czyichś sukcesów. Zanim w ogóle zdążymy sformułować swoje marzenie, już widzimy kogoś, kto – w naszej ocenie – jest w tym lepszy, mądrzejszy, szybciej biegnie. Zamiast zapytać siebie: „Czego ja naprawdę pragnę?”, zaczynamy pytać: „Czy mam szansę ich dogonić?”. To pozornie subtelna różnica, ale to właśnie ona decyduje, czy to, co robimy, wypływa z wewnętrznej potrzeby, czy z chęci udowodnienia czegoś światu. Warto też zauważyć, że marzenia często nie są gotowym obrazem. Przypominają raczej szkic, który dopiero trzeba wypełnić kolorami. Na początku mamy mglistą wizję: „Chcę pracować w sposób, który daje mi więcej wolności”, „Chciałbym robić coś bardziej twórczego”, „Szukam pracy, w której widzę sens”. To jeszcze nie konkretny plan, ale już ważny sygnał, że obecna sytuacja nie odpowiada naszym wartościom. Problem w tym, że niecierpliwość każe nam szybko zamienić ten szkic w gotową mapę. Gdy tego nie potrafimy, uznajemy, że marzenie było „głupie”. Tutaj z pomocą przychodzi proces małych eksperymentów. Zamiast od razu stawiać wszystko na jedną kartę, możemy zacząć od testowania: spróbować nowej aktywności, zapisać się na warsztaty, porozmawiać z kimś, kto jest już w miejscu, o którym my dopiero myślimy. Każdy taki krok działa jak latarka, która oświetla niewielki fragment drogi. Nie widzimy jeszcze całej trasy, ale wiemy, w którym kierunku warto zrobić kolejny ruch. To wymaga cierpliwości, ale pozwala oswoić lęk. W tym wszystkim niezwykle ważne jest stworzenie sobie przestrzeni, w której marzenia nie są oceniane, lecz wysłuchane. Nasza wewnętrzna strefa inspiracji może przyjąć formę notesu, do którego zapisujemy nawet najbardziej szalone pomysły, rozmów z zaufanymi ludźmi, którzy zamiast wytykać nam ryzyko, pytają: „Co mogłoby ci pomóc zrobić pierwszy krok?”. To może być też czas spędzony sam na sam ze sobą, bez telefonu, bez bodźców, tylko z własnymi myślami, które wreszcie mają szansę wybrzmieć. Nie bez znaczenia jest również to, jak mówimy o swoich marzeniach. Często robimy to z góry je umniejszając: „Mam taki głupi pomysł…”, „Pewnie to nierealne, ale…”. W ten sposób zanim ktokolwiek zdąży zareagować, sami strzelamy w nie z armaty sceptycyzmu. Zamiast tego możemy spróbować mówić: „Myślę o…”, „Sprawdzam, czy dałoby się…”, „Jest we mnie pragnienie, żeby…”. To drobna zmiana języka, która otwiera przestrzeń na dialog, zamiast od razu zamykać marzenie w szufladce „dziecinne”. Marzenia „za wysoko” pełnią też ważną funkcję – wskazują nam kierunek rozwoju. Nawet jeśli nie zrealizujemy ich w stu procentach, droga, którą zaczniemy iść, może doprowadzić nas do miejsca, którego wcześniej nie potrafiliśmy sobie wyobrazić. Ktoś, kto marzył o napisaniu powieści, może odkryć pasję do reportażu. Ktoś, kto chciał zostać zawodowym muzykiem, może odnaleźć się jako nauczyciel gry, który zmienia życie swoich uczniów. To, że efekt końcowy wygląda inaczej niż pierwsza wizja, nie oznacza, że marzenie było błędem. Najtrudniejsze bywa uznanie, że mamy prawo chcieć „więcej”, nawet jeśli nasza obecna sytuacja nie jest obiektywnie zła. Wiele osób boi się, że pragnienie zmiany okaże się rodzajem niewdzięczności: skoro mam pracę, dach nad głową i ludzi wokół, czy wolno mi marzyć o czymś innym? Odpowiedź brzmi: tak. Wdzięczność za to, co jest, nie wyklucza dążenia do czegoś nowego. Przeciwnie – może stać się fundamentem, na którym bezpiecznie budujemy kolejne etapy życia. Odwaga marzenia nie polega więc na tym, że od razu wiemy, jak wszystko się potoczy. Polega na tym, że pozwalamy sobie zobaczyć przed sobą więcej możliwości niż te, które widać na pierwszy rzut oka. I krok po kroku sprawdzamy, które z nich naprawdę są nasze.